(...)Zbyszek Koreywo: Panie Dariuszu, gdzie i kiedy urodzil sie dzisiejszy
doktor historii, D. Ratajczak?
Dariusz Ratajczak: Urodzilem sie w Opolu 28 listopada 1962 roku, ale,
podobnie jak znakomita wiekszosc mieszkancow tego miasta, nie jestem
rodowitym Slazakiem.
ZK: Kim byli Pana rodzice?
Czym sie zajmowali?
DR: Moj ojciec, Cyryl Ratajczak (rocznik 1928) pochodzi z Wielkopolski.
Zreszta nazwisko Ratajczak jest charakterystyczne dla tego regionu Polski.
Ojciec- syn Powstanca Wielkopolskiego i wielkopolskiego ochotnika w wojnie
polsko- bolszewickiej, Michala Ratajczaka- urodzil sie w Sremie (40 km na
poludnie od Poznania).
Dziadek Michal, urzednik miejscowej Kasy Chorych i lokalny dzialacz partyjny
(od 1937r.nalezal do chadeckiego Stronnictwa Pracy) , zapewnil Ojcu i jego
braciom dobre, dostatnie dziecinstwo.
To byla solidna, pracowita, drobnomieszczanska wielkopolska rodzina.
W 1940 roku Ojciec, wtedy 12-letni chlopiec , zostal wywieziony przez
Niemcow na tzw. roboty.
Wlasciwie przez cala wojne pracowal u niemieckich bauerow.
Po powrocie do Sremu wraz z Ojcem wlaczyl sie w dzialalnosc Polskiego
Stronnictwa Ludowego, co okupil miesiecznym aresztem w roku 1947.
Siedzial zreszta w jednej celi ze swoim Ojcem.
Rok poxniej, pod zmienionym imieniem (Cyryla zastapil Antoni) rozpoczal
studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Poznanskiego.
Po ich zakonczeniu i aplikacji przybyl do Opola, gdzie podjal prace w
Zespole Adwokackim.
Ojciec- dzisiaj na emeryturze- byl obronca wybitnym, o uznanej renomie w
srodowisku adwokackim Kraju.
Bronil m.in. jednego z braci Kowalczykow oskarzonych o wysadzenie auli WSP
(Wyzsza Szkola Pedagogiczna) w Opolu.
Wystepowal w procesach politycznych stanu wojennego.
Udzielal sie rowniez na niwie sportowej; byl sedzia pilkarskim.
Niezyjaca juz Matka Alina (z domu Czuchryj) pochodzila z kresow wschodnich
Rzeczypospolitej.
Urodzila sie w Chodorowie (wschodni kraniec wojewodztwa lwowskiego) w
rodzinie "nafciarskiej".
Jej Ojciec, a moj dziadek Stanislaw Czuchryj, do wybuchu wojny pracowal w
Boryslawiu w "Polminie"- czysto polskim przedsiebiorstwie naftowym.
To go uratowalo przed wywozka na Syberie. Rosjanie nie byli na tyle glupi,
aby pozbywac sie fachowca w branzy.
Po wojnie rodzina Matki- sladem setek tysiecy Polakow- przybyla na ziemie
zachodnie.
Tutaj Matka poznala Ojca, czego efektem jestem ja i moja siostra.
Historyczne doswiadczenia mojej rodziny, tak po mieczu, jak i po kadzieli,
niewatpliwie wplynely na moje zainteresowanie historia.
Bylem jednak w uprzywilejowanej sytuacji, gdyz moglem czerpac wiadomosci od
przedstawicieli dwoch roznych tradycji: wielkopolskiej i kresowej.
Ta ostatnia poczatkowo bardziej przemawiala mi do wyobraxni, a to dzieki
Matce, ktora uswiadomila mi, ze nasze kresy Rosjanie nam ukradli.
Dla mnie, 8-9 letniego chlopca byl to niesamowity wstrzas, tym bardziej, ze
w szkole podstawowej pani nauczycielka utwierdzala nas w przekonaniu, ze
ZSRR to nasz najwiekszy przyjaciel.
Poza tym dziadek i babcia ciagle powtarzali mi , ze na wschodzie ziemia byla
urodzajna, pomidory wielkosci malej dyni... i to do dziecka przemawialo.
Ja po prostu zaczalem nie znosic tych, ktorzy nam te pomidory ukradli.
A nielubienie Sowietow automatycznie przerzucilo sie na krajowych
komunistow.
Mialem rowniez to szczescie, ze Ojciec czesto zabieral mnie na sprawy sadowe
w okresie wakacyjnym.
Jexdzilem sobie z nim samochodem po calym kraju, a on opowiadal mi o dziadku
Michale, wojnie bolszewickiej, swoim uwiezieniu.
Wlasciwie od poczatku bylem stracony dla Polski Ludowej.
Nie wstapilem ani do harcerstwa , ani do Towarzystwa Przyjaxni
Polsko-Radzieckiej. I
dac do liceum w Opolu wiedzialem juz, ze interesuje mnie przede wszystkim
historia.
Bylem bezwzglednie najlepszym historykiem i geografem w mojej klasie,
uczestniczylem jako jeden z dwoch przedstawicieli woj. opolskiego w
Centralnej Olimpiadzie Historycznej w Warszawie.
To umozliwilo mi dostanie sie na studia bez egzaminow wstepnych.
Wybralem Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, raz, ze chcialem zrobic
przyjemnosc Ojcu, dwa, iz moi opolscy koledzy wybierali pobliski Wroclaw.
A ja nie chcialem studiowac na uniwerku oznaczonym kryptonimem: BB.
Niestety, nie chodzilo o Brigitte Bardot, tylko Boleslawa Bieruta.
Tamtej decyzji nie zaluje.
Mialem naprawde swietnych profesorow i kapitalnych kolegow.
Niewatpliwie zahartowaly nas i scalily strajki studenckie z listopada-
grudnia 1981 roku.
My- nieopierzeni studenci zaczynamy studia, a tu masz- od razu strajk.
No i tak strajkowalismy do 13 grudnia, az nas ZOMO [Zmilitaryzowane Oddzialy
Milicji Obywatelskiej] (zreszta grzecznie) poprosilo o opuszczenie gmachu.
Poxniej ostra nauka, nielegalny przewoz i kolportaz ksiazek, bujne zycie
towarzyskie, powrot do Opola i praca - od 1988 r.- na opolskiej wyzszej
uczelni.
ZK: Gdzie sie sieje ziarna prawdy historycznej?
I czy, Pana zdaniem, szeroko rozumiane spoleczenstwo, moze funkcjonowac bez
znajomosci przeszlosci?
DR: Tak jak juz nadmienilem, historia otaczala mnie od zawsze.
Mysle, ze jednak najwazniejsze jest srodowisko rodzinne, w ktorym czlowiek
ksztaltuje swoj kosciec moralny, patriotyczny, a czesciowo i ideologiczny.
Dziekuje Bogu, ze wychowalem sie w zwyczajnym, polskim domu.
Dzisiaj nie jest to juz tak oczywiste.
Obecnie wiekszosc mlodych ludzi opuszcza dom rodzinny bez bagazu
przeszlosci, bez opowiadan dziadkow i rodzicow o czasach minionych.
A jezeli juz- to sa to bajdurzenia typu:" za Gierka to bylo dobrze".
Dziela zniszczenia dopelniaja szkoly na wszystkich szczeblach nauczania.
Wprawdzie nie ma juz tam skretynialych marksistow, ale "godnie" zastepuja
ich pusto-glowi politycznie poprawni idioci, ktorych zreszta pelno tak w
Polsce,
jak i Australii.
Glupota jak widac kontynentow nie wybiera.
To oni, ci historycy od siedmiu bolesci, wykanczaja historie, ktora w ich
wydaniu przestaje byc nosicielka prawdy, mistrzynia zycia, powodem narodowej
dumy.
To oni czynia celowo z historii sluzebnice biezacych interesow politycznych,
rownie nedznych moralnie i intelektualnie elit rzadzacych, to oni wreszcie
decyduja o tym, jaki fakt czy osobe historyczna wyeksponowac, a jaka
zamilczec na smierc.
Oczywiscie wszystko to robia pod katem biezacej przydatnosci politycznej.
To dlatego mlodzi ludzie nic nie wiedza o Dmowskim (bo to ultra patriota, a
my zmierzamy do postmasonskiej hybrydy pod nazwa Unia Europejska), Witosie
(bo bronil polskiej ziemi, a w Unii Europejskiej mozna ja przekazywac w obce
rece), Powstaniach Slaskich (bo to polski nacjonalizm, a Gorny Slask
powinien byc miejscem wspolpracy polsko- niemieckiej) , poznanskim Czerwcu
1956 r. (bo nie bylo tam Jacka Kuronia et consortes, tylko wladza strzelala
do anonimowych Polakow), sprawie zabojstwa Bogdana Piaseckiego (bo mordu
dokonali Zydzi, a o tym nie wypada mowic), et cetera.
W zamian odmienia sie przez wszystkie przypadki pogrom kielecki, wydarzenia
marcowe i gehenne trockistow z KOR-u, a nad wszystkim czuwa ponadto
"holocaust- industry" wmawiajacy ustami nauczycieli mlodym ludziom nasze
rzekome przewiny wzgledem Zydow.
Wszedzie polprawdy, klamstwa, propaganda.
I nie jest to bynajmniej szalenstwo, a metoda prowadzaca do destrukcji
swiadomosci historycznej, do odciecia sie od prawdziwie polskiej spuscizny
historycznej, bez ktorej narod istniec nie moze.
Narod to przeciez
przeszle, teraxniejsze i przyszle pokolenia.
Jezeli rozbijemy pierwszy element tej triady- wszystko traci sens.
A do tego prowadzi swiadomie wybiorcza "tworczosc" polit-poprawnych
poprawiaczy historii.
ZK: Panie Dariuszu, jakie byly okolicznosci pierwszego kontaktu z historia
niebezpieczna, niosaca zagrozenie osobiste?
Przede wszystkim musze wyjasnic, ze jestem historykiem i publicysta
historycznym zajmujacym sie glownie najnowszymi dziejami Polski, a zatem
bardzo czesto natrafiam na historie, czy tez tematy niebezpieczne.
Tyle tylko, ze to nie ja je wymyslam i to nie ja oceniam, czy sa one
niebezpieczne, czy tez nie.
Decyduje o tym niestety polityka, "spoleczne zapotrzebowanie", obowiazujacy
trend, kurs itd.
Moja niereformowalnosc polega natomiast na tym, ze w odroznieniu od innych,
kompletnie nie interesuja mnie owe trendy i mody.
Jezeli jest niezbadany fakt historyczny- badam go niezaleznie od tego, czy
sie to komus podoba, czy tez nie.
Jezeli jest problem, ktory przynajmniej wymaga zreferowania lub
przyblizenia - referuje i przyblizam.
Bez wzgledu na to, czy mnie oskarza np. o zlamanie obowiazujacego prawa.
Dlatego tez jestem rzeczywiscie latwym celem atakow.
Taki juz los czlowieka nie przejmujacego sie cenzura (kiedys komunistyczna,
dzis polit-poprawna).
Moj Boze, nie po to zostalem historykiem, aby pisac miedzy wierszami.
DR: Odpowiadajac jednak bezposrednio na Pana pytanie...
Otoz w 1986 r. obronilem w Poznaniu prace magisterska "Polacy na
Wilenszczyxnie 1939-1944" (poxniej wydalem ja- po uzupelnieniach- w formie
ksiazkowej). Jeden z jej rozdzialow traktowal o walkach wilenskich i
nowogrodzkich oddzialow AK z partyzantka sowiecka.
Promotor mojej pracy, niezyjacy juz prof. Jerzy Ochmanski, znany lituanista
(uczen wielkiego Henryka Lowianskiego), ale i " betonowy komunista"
zasiadajacy w komisjach weryfikacyjnych w stanie wojennym, gdy go
przeczytal, poczerwienial i wywalil mnie za
drzwi z adnotacja: "zmienic, bo
nici z magistra".
Przychodze po tygodniu i slysze od progu:
-"Zmienil pan?".
-" Tak- zmienilem".
Dowcip polegal na tym, ze zmiana polegala na dopisaniu zdania, iz to
oddzialy sowieckie inspirowaly starcia z AK.
Ochmanski uwierzyl mi na slowo, do tekstu juz nie zajrzal.
ZK: A zatem jaka powinna byc rola historyka?
Co jest warunkiem sine qua non praktykowania historii?
DR: Historyk ma jedna podstawowa role do spelnienia.
Jest nia dotarcie do prawdy (podkreslenie moje).
Prawda jest w istocie jedynym przyjacielem historyka.
Historyk winien wiedziec, ze prawda nie ma odcieni; prawda jest zawsze jasna
i jedna.
Dazac do prawdy, powinien unikac jak ognia podpowiedzi "zyczliwych", typu:
"kazdy medal ma dwie strony, "zloty srodek", " w ramach
kompromisu" itd., bowiem prowadza one na manowce, zblizaja do klamstwa.
Po ustaleniu prawdy- i tu dotykamy drugiej roli historyka- badacz powinien,
bez wzgledu na konsekwencje, podzielic sie nia z innymi.
Prawda bowiem musi miec wymiar nie tylko indywidualny, ale i spoleczny.
Pisanie do szuflady, szczegolnie w czasach, gdy zewszad atakuje nas
klamstwo, nie ma najmniejszego sensu.
Szkoda czasu i atlasu.
Druga czesc Pana pytania dotyczy w moim przekonaniu rowniez cech, ktore
winny charakteryzowac historyka, gdyz warunek sine qua non praktykowania
historii, czyli wolnosc slowa, jest juz dawnym wspomnieniem.
Zastapila ja polityczna poprawnosc, to jest soc-liberalna cenzura albo- jak
to ktos ladnie ujal- "tyrania dobrych intencji".
Zatem w dzisiejszych, ponurych czasach warunkiem sine qua non praktykowania
historii jest sam historyk: prawdomowny, niezalezny, odporny na ciosy ,
wreszcie po prostu odwazny.
Tak, dozylismy czasow, w ktorych- zartobliwie mowiac (ale to gorzki zart)-
historyk powinien byc skrzyzowaniem intelektualisty z bokserem.
ZK: A gdzie, kiedy i w jakich okolicznosciach rozpoczely sie pierwsze
klopoty - czy byla to uczelnia czy tez dzialo sie to na poczatku poza murami
uniwersytetu.
Czy i kto wywieral na Pana pierwsze naciski.
DR: Odpowiedx na Pana pytanie wymaga przytoczenia wielu szczegolow, wlacznie
z podaniem nazwisk moich "szanownych przesladowcow" .
Nie mam nic przeciwko temu, aby dyspozycyjnosc, klamstwo i- nie waham sie
uzyc tego slowa - zwykle chamstwo, tak typowe dla naszych elit politycznych
oraz wielu pracownikow nauki, ujrzalo swiatlo dzienne.
Gdy w roku 1988 podjalem prace na opolskiej uczelni (wtedy nosila ona nazwe:
Wyzsza Szkola Pedagogiczna im. Powstancow slaskich (w roku 1994 WSP stala
sie Uniwersytetem Opolskim, ale juz bez "Powstancow Slaskich", co bylo
uklonem w strone rosnacej w sile tzw. mniejszosci niemieckiej na Slasku
Opolskim), zastalem tam sytuacje, ktora okreslilbym slowem: transformacja.
Polegala ona na tym, ze opolscy profesorowie, docenci itd. wlasnie zrzucali
swe komunistyczno - PZPR-owskie szaty, chowali do szuflad co bardziej
kompromitujace plody dotychczasowej tworczosci (te wszystkie ksiazki ku czci
Rewolucji Paxdziernikowej), by przeistoczyc sie w "szczerych" demokratow.
Oni autentycznie bali sie, ze za chwile nastapi jakas gigantyczna lustracja,
ktora pozbawi ich wysokich stanowisk.
Uspokoil ich dopiero premier Mazowiecki i jego "gruba kreska".
Moze dlatego tez wielu z nich upodobalo sobie poxniej Unie Wolnosci.
Od "czerwonego" do "rozowego" tylko krok.
Ja w tym okresie bylem wprost zawalony praca dydaktyczna.
Prowadzilem zajecia z najnowszej historii Polski i Europy na kilku
kierunkach (rowniez dla studentow wieczorowych), a poza tym uruchomilem
"Kolo Historyczne", ktore raz w tygodniu grupowalo studentow zajmujacych sie
"wywabianiem bialych plam w historii".
Katyn, ZSRR a Powstanie Warszawskie, "Akcja Burza" na Kresach Wschodnich,
Narodowe Sily Zbrojne, podziemie niepodleglosciowe po 1944 r.- m.in. te
tematy znalazly sie w polu naszych zainteresowan.
Wprawdzie dzialo sie to wszystko jeszcze przed finalem "Okraglego Stolu",
tj. w warunkach obowiazujacej cenzury, ale - jak juz powiedzialem -
uczelniana "wierchuszka" nie byla na tyle glupia, by nie czuc "wiatru zmian"
i w konsekwencji zostawiono nas w spokoju.
W I polowie lat 90-tych mialem juz ugruntowana pozycje na uczelni.
Nie chwalac sie, podczas moich wykladow i cwiczen sala zawsze byla pelna.
Przyjemnie bylo slyszec od studentow, ze jestem uwazany za rzetelnego
historyka, swietnego mowce ( to akurat nie moja zasluga, a genow
odziedziczonych po Ojcu - adwokacie) oraz czlowieka, ktory nie boi sie
podejmowac tematow niebezpiecznych z punktu widzenia politycznej
poprawnosci; poprawnosci wlewajacej sie zrazu niepostrzezenie, a poxniej na
podobienstwo wodospadu w uczelniane mury.
A ja rzeczywiscie wystepowalem przeciwko niej z otwarta przylbica, czujac
intuicyjnie, iz oto stoimy wobec niebezpieczenstwa zastapienia cenzury
komunistycznej jej soc-liberalna odpowiedniczka.
Co wiecej, uwazalem, ze efektem zwycieskiej inwazji polit-poprawnosci bedzie
niewolnicze podporzadkowanie historii jako nauki- polityce.
Na to nie bylo i nie ma mojej zgody.
Opracowalem sobie wtedy zestaw "tematow niepoprawnych", ktore realizowalem
na zajeciach ze studentami.
Pozwoli Pan, iz wymienie kilka zaledwie przykladow: "Zaglodx szczura, czyli
o amerykanskim feminizmie krytycznie", "Masoneria wczoraj i dzis";
"Hitleryzm i komunizm- wspolne korzenie"; "Czy kolonializm zasluguje na
bezwzgledne potepienie?", "Historia Algierii francuskiej", itd. itp.
To sie studentom bardzo podobalo, ale z drugiej strony coraz czesciej bylem
wzywany na tzw. dywanik do dyrektora Instytutu Historii, prof. Stanislawa S.
Nicieji (prywatnie promotora mojej pracy doktorskiej, a poxniej
wszechwladnego Rektora Uniwersytetu Opolskiego), ktory mowil mniej wiecej
tak: "Ja Panu nic nie narzucam, ma Pan swietne oceny okresowe, my Pana
wiedze cenimy, ale czy naprawde musi Pan tak szarzowac?
Ja wiem, Pan to robi w oparciu o xrodla, ale niech Pan nie idzie pod prad,
bo to sie moze xle skonczyc".
Szczerze mowiac nie sluchalem uwaznie profesora, chociaz byl to wybitny
specjalista od "chodzenia z pradem", co udowodnil kilka lat poxniej skazujac
mnie bez wahania "na pozarcie" podczas zorganizowanej odgornie akcji
wykanczania dr Ratajczaka.
Te "przyjacielskie" pogawedki przy kawie nie byly jednak poczatkiem
prawdziwych klopotow.
Nie byl nim nawet fakt obrony przeze mnie pracy doktorskiej: "Postawy
ludnosci Slaska Opolskiego w swietle wyrokow Wojskowych Sadow Rejonowych w
latach 1945-1955".
Tu krotkie wyjasnienie. Praca ta- pomimo neutralnego tytulu- byla w istocie
500- stronicowym przegladem represji komunistycznych na Opolszczyxnie w
pierwszym dziesiecioleciu 'Polski Ludowej".
Jej "niewygodnosc" polegala na tym, ze z nazwiska wymienialem sedziow,
prokuratorow, pracownikow Urzedu Bezpieczenstwa, milicjantow i donosicieli,
ktorzy odpowiadali za mniejsze i wieksze zbrodnie tamtego okresu.
Zdarzalo sie, ze w przypisach padaly nazwiska tatusiow obecnych pracownikow
Uniwersytetu Opolskiego!
Dlatego tez jej obrona odbywala sie przy drzwiach zamknietych.
Poczatek prawdziwych klopotow wiaze sie oczywiscie z wydaniem przeze mnie w
marcu 1999r. publicystycznej ksiazeczki " Tematy niebezpieczne".
Nim przejde do nastepstw tej publikacji, pozwoli Pan, ze raz jeszcze
poczynie kilka uwag wstepnych.
Otoz podczas wykladow niejednokrotnie poruszalem tzw. watek zydowski.
Bylo to jak najbardziej zasadne, szczegolnie w kontekscie najnowszych
dziejow Polski.
Jezeli np. mowilem o funkcjach, strukturze i skladzie osobowym Ministerstwa
Bezpieczenstwa Publicznego, czyli ponurej ubecji, nadmienialem, ze w
instytucji tej istniala nadreprezentacja osobnikow pochodzenia zydowskiego,
szczegolnie na szczeblach decyzyjnych.
Jezeli poruszalem sprawe potwornego zabojstwa syna Boleslawa Piaseckiego,
mowilem w zgodzie z prawda, iz wszelkie slady mordu prowadza do Izraela.
Jezeli wreszcie omawialem stosunek wiekszosci Zydow do kwestii odzyskania
przez Polske niepodleglosci w 1918 r. i ich postawy w latach wojny
polsko -bolszewickiej oraz po sowieckiej inwazji z 17 wrzesnia 1939 r.-
twierdzilem, iz nie byli oni bynajmniej wzorem patriotycznych cnot.
To denerwowalo uczelnianych bonzow.
Skonczylo sie wreszcie na tym, ze pod jakims pozorem ograniczono mi w
1998r. zajecia z najnowszej historii Polski, "przenoszac" do wieku XIX.
Nie na wiele to sie zdalo, gdyz zydowskich ubekow zawsze mogli zastapic
rownie antypolscy "Zydzi-litwacy".
Mimo wszystko bylo to dla mnie o tyle bolesne, ze, po pierwsze, swoje
wyklady opieralem zawsze na xrodlach, a po drugie, watek zydowski nie
stanowil centrum moich historycznych zainteresowan.
Traktowalem go na rowni z innymi problemami.
Oczywiscie wiele bylo tu z mojej strony krytycyzmu, ale wlasnie ta cecha
immanentnie zwiazana jest z wykonywanym przeze mnie zawodem.
W kazdym razie nikt oficjalnie nie zarzucal mi oslawionego antysemityzmu.
Podobnie rzecz sie miala z kilkoma wykladami poswieconymi rewizjonizmowi
holokaustu, ktore wyglosilem w murach uczelni na przelomie 1997/1998 r.
Wladze uczelni cos tam mruczaly pod nosem, natomiast studenci... walili na
nie drzwiami i oknami, gdyz po raz pierwszy chyba w dziejach polskiego
uniwersytetu ktos obiektywnie zreferowal poglady srodowiska, ktore jest
spoleczna i historyczna rzeczywistoscia. srodowiska- dodajmy- ktore sklada
sie rowniez z
Zydow.
Zreszta po tych wykladach wielu studentow domagalo sie ode mnie w kuluarach
jasnego ustosunkowania sie do tez gloszonych przez rewizjonistow.
Odpowiadalem wtedy niezmiennie: " Jezeli rewizjonisci uwazaja, ze nie
istnialy komory gazowe- myla sie.
Jezeli uwazaja, ze podczas wojny nie zginelo 6 milionow Zydow- maja racje.
Jezeli twierdza, ze holokaust nie jest osia martyrologiczna XX wieku- maja
racje.
W przeciwnym bowiem razie pogardzalibysmy ofiarami sowieckiego Archipelagu
Gulag, ormianskimi ofiarami polityki tureckiej z lat I wojny swiatowej, czy
naszymi rodakami- ofiarami niemieko-sowieckich bestialstw z lat 1939-1945.
A co z biednymi Tutsi mordowanymi przez oszalalych czlonkow plemienia
Hutu?!.
Czy ofiary dziela sie na lepsze i gorsze?"
Jak juz nadmienilem, na poczatku marca 1999r. wydalem wlasnym sumptem i w
symbolicznym nakladzie 320 egzemplarzy ksiazke "Tematy niebezpieczne".
Zrobilem to, aby w publicystycznej formie utrwalic, zostawic slad po
niektorych moich uczelnianych wykladach.
Jeden z jej podrozdzialow nosil tytul " Rewizjonizm holokaustu".
Przez miesiac na uczelni nic sie nie dzialo, chociaz pierwsze egzemplarze
"Tematow..." przekazalem osobiscie Rektorowi Nicieji i uczelnianej "gorze".
Nie omieszkalem rowniez sporzadzic stosownych, uprzejmych dedykacji.
Po miesiacu, dokladnie 7 kwietnia, wzywa mnie do siebie... nie, nie Rektor,
czy Dyrektor Instytutu Historii, ale eden z redaktorow... "Gazety
Wyborczej", ktory mowi mi z usmieszkiem na twarzy, ze za chwile "wklepiemy
Pana w ziemie za ta ksiazeczke i jej podrozdzialik o holokauscie".
No i zaczelo sie.
8 kwietnia zbiera sie w trybie natychmiastowym Rada Wydzialu
Pedagogiczno-Historycznego Uniwersytetu Opolskiego, ktora "spontanicznie"
mnie potepia. Wylamuje sie tylko prof. Joanna Rostropowicz, ktora przytomnie
zauwaza: " nie moge potepic Ratajczaka, bo tej ksiazki nie czytalam.
Odnosze wrazenie, ze nikt z obecnych jej nie przeczytal.
Kim sa, do cholery, ci rewizjonisci holokaustu?"
Rostropowicz ma racje, ale co tam- kazali potepiac to potepiamy.
Stalinizm zmartwychwstal w Opolu.
Jednoczesnie "Gazeta Wyborcza" i inne lewicowe publikatory , Muzeum
Oswiecimskie, Ambasada Izraela, "moralne autorytety" , niektorzy czlonkowie
rzadu Buzka oraz ludzie z otoczenia prezydenta Kwasniewskiego (lewica i
"prawica" w jednym szeregu)- rozpoczynaja ostra nagonke.
Dyrektor Muzeum w Oswiecimiu twierdzi, ze jestem neonazista, rzecznik
Ambasady Izraela w Warszawie, ichal Sobelman, dziwi sie , ze "taki czlowiek
pracuje na polskim uniwersytecie" (jest to wyraxna sugestia by mnie
"wyrzucic na zbita twarz"), Wladyslaw Bartoszewski wysyla mnie do zakladu
psychiatrycznego itd. itp.
W tym samym czasie przestraszony Rektor Nicieja otrzymuje telefony od Very
Important Persons z Ministerstwa Edukacji Narodowej, od "ludzi Szymona
Wiesenthala" i kogo tam jeszcze z ostrzezeniem: "jezeli nie wyrzucicie tego
Ratajczaka- uczelnia bedzie bojkotowana i nie dostaniecie zadnych grantow".
No i rektor zawiesza mnie w obowiazkach nauczyciela akademickiego.
Coz, to jest czlowiek spolegliwy ,czuly na powiew wiatru historii (dzisiaj
pelni zaszczytna funkcje senatora RP z ramienia SLD).
W kwietniu 1999 r. przezywalem wiec ciezkie chwile.
Odwrocili sie ode mnie strachliwi uczelniani koledzy (dochodzilo do tego, ze
nie poznawali mnie na ulicy- i tak juz zostalo), opluto w mediach...
Nie dosc, ze zawieszono mnie w wykonywaniu zawodu, to jeszcze uczelnia, na
polecenie "gory", wytoczyla mi "proces", ktory trwal rok.
To byla jawna kpina ze sprawiedliwosci.
Na kolejnych rozprawach wyglaszalem 2- godzinne mowy na temat wolnosci slowa
i prawa do watpienia; ustosunkowywalem sie do tez gloszonych przez
rewizjonistow holokaustu, ale uczelniana inkwizycja rzadko udawala, ze mnie
slucha.
Wyrok byl gotowy: dyscyplinarne usuniecie z Uniwersytetu z zakazem pracy w
zawodzie nauczycielskim na 3 lata. Mialem tylko ta satysfakcje, ze
intelektualnie wykonczylem "panow sedziow" (moralne dno i takaz wiedza
prawna) oraz rzecznika dyscyplinarnego Uniwersytetu Opolskiego, prof.
Wieslawa Lukaszewskiego, ktory przez rok sledztwa nie potrafil przedstawic
nawet jednego swiadka oskarzenia.
Gdy pokazalem Ojcu sporzadzony przez niego akt oskarzenia w mojej sprawie-
Ojciec stwierdzil, ze przy Lukaszewskim niejaki Andriej Wyszynskij (sowiecki
prokurator, znany z wielu procesow pokazowych - przycz. moj) jawi sie jako
dobry prawnik.
No ale Lukaszewski prywatnie jest... psychologiem, zas sklad sadu
uczelnianego stanowili: chemik, historyk sredniowiecza, jeszcze jeden
psycholog oraz... ksiadz z Wydzialu Teologicznego UO. Naprawde, ciekawych
teraz mamy ksiezy...
Za to zbudowany bylem postawa moich studentow.
Pisali petycje do Rektora i prasy w mojej obronie, strasznie przy tym
ryzykujac.
Dwoch z nich od razu zawieszono w prawach studenta.
Gdy sie o tym dowiedzialem, zabronilem im podobnych dzialan.
Z duza ulga przyjalem tez moralne wsparcie ze strony wielu rodakow.
Ludzie dzwonili do mnie bez przerwy, dodawali otuchy.
Niezwykle aktywna byla Polonia z USA i Kanady, ktora zasypala Uniwersytet
e-mailami w mojej obronie.
Kilka listow nadeszlo rowniez z Australii.
Polacy intuicyjnie czuli, ze na pojedynczego czlowieka wali sie potworna
maszyneria politycznej poprawnosci, ktora dziala na zasadzie walca
drogowego.
Ginalem zatem w dobrym towarzystwie, uzupelnionym poxniej przez odwaznych
naukowcow (Miroslaw Dakowski, Rafal Broda, Ryszard Bender, Peter Raina
itd.), jak i rownie odwaznych redakcji niektorych gazet.
Bylbym szczesliwym czlowiekiem, gdybym w tym czasie walczyl tylko z
uczelniami tchorzami i ich rozkazodawcami.
Ale gdzie tam!
W maju 1999r. moja sprawa zajela sie prokuratura, ktora oskarzyla mnie o
zlamanie art. 55 Ustawy o Instytucie Pamieci Narodowej.
Artykul ten- wzorem panstw zachodnioeuropejskich i nie tylko - grozi kara do
3 lat wiezienia za tzw. negowanie zbrodni nazistowskich.
Ta ledwie skrywana cenzura, obowiazujaca w Polsce od 1 stycznia 1999r., jest
moim zdaniem grobem dla historiografii; kladzie bowiem tame naukowemu
watpieniu, bez ktorego praca historyka nie ma sensu.
Ustawodawca natomiast inspirowany przez "holocaust- industry" zdaje sie
mowic:" bylo tak i tak, sprobuj sie wychylic, to cie wsadzimy do mamra".
Dobrze - odpowiadam - nikt przy zdrowych zmyslach nie neguje zbrodni
nazistowskich (na Zydach- bo o to w tej scisle nacyjnej ustawie chodzi), ale
niech mi nikt nie wmawia, ze bylo tak jak chca Panowie Gross, Wilkomirski i
caly tabun klamcow pracujacych dla "przemyslu holokaustu".
W Australii tez ich zreszta nie brakuje.
Rzecz jasna obiektem dociekan prokuratury i sadu (jestem juz po dwoch
wyrokach, ale konca sprawy nie widac; obecnie grozi mi 10 miesiecy
wiezienia) jest ksiazka "Tematy niebezpieczne", czyli jej podrozdzial
"Rewizjonizm holokaustu".
Moje tlumaczenia, ze tylko referuje poglady rewizjonistow- zdaja sie psu na
bude.
Podobnie moje proby wprowadzenia swiadkow obrony, ekspertow itd.
Coz, sad wie najlepiej...
Wychodzi na to, ze dotknalem czegos, co wywoluje furie moznych tego swiata.
Logicznie bowiem rozumujac- nie represjonuje sie konsekwentnie, od 3 lat,
czlowieka, ktory zajmuje sie nic nie znaczacymi glupstwami!
ZK: A w jaki sposob zaczynal pan kariere naukowa?
DR: W roku 1986 , po ukonczeniu studiow, powrocilem do Opola.
Z marszu zlozylem papiery na Wyzsza Szkole Pedagogiczna.
Moje aplikacje rozpatrywano...przez 2 lata.
To byl czas kwitnacej jeszcze komuny, a za mna podobno przyszly z Poznania
jakies papiery od wiadomej instytucji i tak trwalem w zawieszeniu.
Moze niezupelnie w zawieszeniu, gdyz w tzw. miedzyczasie upomnialo sie o
mnie "Ludowe Wojsko Polskie"- pelne jeszcze w tym czasie glupich "trepow"
scigajacych nas za krzyzyki wylozone na mundurze lub wojskowym dresie.
Formalnie w lutym 1988r. zostalem asystentem w Instytucie Historii
opolskiej wyzszej uczelni.
Dwa lata poxniej opublikowalem swa pierwsza ksiazke "Polacy na
Wilenszczyxnie 1939-1944".
Cztery lata poxniej opublikowalem kolejna pozycje: "Swiadectwo ksiedza
Wojaczka", ktorej drugie wydanie- rozszerzone- ukazalo sie rok poxniej.
W 1994 r. rozpoczalem zbierac materialy do pracy doktorskiej poswieconej de
facto zbrodniom stalinowskim na Opolszczyxnie.
Obronilem ja w czerwcu 1997 r., automatycznie awansujac na stanowisko
adiunkta w Instytucie Historii Uniwersytetu Opolskiego.
Nieco wczesniej natomiast, w 1996r., wespol z dr Ryszardem Miazkiem
napisalem ksiazke: "Krajowa Armia Podziemna 1949-1952".
Od jesieni 1997 r. poczalem gromadzic materialy do rozprawy habilitacyjnej
poswieconej arcybiskupowi Boleslawowi Kominkowi.
Prace te zostaly przerwane z wiadomych wzgledow.
W kwietniu 1999r, po opublikowaniu ksiazki "Tematy niebezpieczne",
zawieszono mnie w prawach nauczyciela akademickiego, a nastepnie
dyscyplinarnie zwolniono z Uniwersytetu Opolskiego z zakazem pracy w
zawodzie nauczycielskim przez 3 lata.
Po wyrzuceniu z pracy opublikowalem w 2001 r. ksiazke: "Tematy jeszcze
bardziej niebezpieczne" .
W tym roku ukaze sie jej rozszerzone wydanie oraz nowa pozycja mojego
autorstwa: "Sprawa dr Dariusza Ratajczaka, czyli Uniwersytet za zamknietymi
drzwiami".
Obecnie pracuje w charakterze stroza nocnego w Opolu.
ZK: Panie Dariuszu, czy zgodzi sie Pan ze mna, ze prostytucja moralna ma
rownie stare korzenie jak i ta fizyczna, cielesna?
Innymi slowy zawsze byli ludzie, ktorych sumienia mozna bylo kupic.
Niemniej ostatnio, powiedzmy od zakonczenia II Wojny swiatowej, ilosc
moralnych prostytutek gwaltownie rosnie z kazdym rokiem.
Skad, Pana zdaniem, bierze sie ten fenomen?
Co powoduje, ze tak duza czesc swiatowej populacji zatracila podstawy
moralne, ktore tak mozolnie, od czasow Chrystusa, ludzkosc budowala.
Wiem, ze zadaje pytanie czysto filozoficzne ale byc moze glebokie
zrozumienie historii pomoze Panu na nie odpowiedziec.
DR: Poruszyl Pan bardzo ciekawy temat.
Prostytutka moralna jest "inteligentniejsza" siostra sprzedajnej prostej
dziewczyny ofiarowujacej cialo na rogu ulicy.
Obiektem jej zainteresowania nie jest cialo, a ludzkie sumienie.
To jest jej wlasciwy obiekt pozadania.
Oczywiscie jezeli trzeba- zaofiaruje rowniez wlasne cialo (dlatego wlasnie
wykazuje zrozumienie i tolerancje dla wyuzdania seksualnego), ale bedzie ono
jedynie srodkiem prowadzacym do celu.
A tym jest kupienie i prostytucja sumienia.
Zawsze istnieli ludzie, ktorych sumienia byly do kupienia.
Nierzadko zajmowali eksponowane stanowiska; decydowali o losie jednostek,
grup spolecznych i narodow.
Uwazam jednak, ze przez setki lat to nie oni wyznaczali moralny bieg
dziejow.
Dlaczego?
Otoz dlatego, ze nawet ci antymoralisci czuli swoja ziemska marnosc,
skonczonosc, czy niedoskonalosc wynikajaca z uswiadomienia sobie faktu
(najczesciej na lozu ostatecznej bolesci, ale mniejsza o szczegoly) bycia
smiertelnym czlowiekiem.
Najgorszy dran czul jednak respekt przed smiercia, a konkretnie przed kara,
ktora go spotka za zycie unurzane w bagnie niegodziwosci.
U wiekszosci tych ludzi po prostu w pewnym momencie (jak juz powiedzialem-
najczesciej za poxno) budzilo sie jednak sumienie.
W kazdym razie na pewno tak bylo od poczatku ery chrzescijanskiej.
Strach przed Boska kara, trwoga przed wiecznym potepieniem lamaly
najtwardsze kanalie.
Wreszcie w tamtych odleglych czasach na dluzsza mete nie bylo spolecznego
przyzwolenia na amoralne postepowanie.
To bylo charakterystyczne: ci prosci, czesto nieslychanie prymitywni
ludzie, niejednokrotnie ofiary obledu bedacego skutkiem glodu, wojen,
morowego
powietrza ( obledu, ktory okresowo zamienial ich nieomal w zwierzeta) w
koncu powracali albo starali sie powracac na tory moralnosci.
Bo tak nakazywal Bog, bo nie da sie zyc dlugo wbrew naturalnemu porzadkowi
rzeczy.
Wina i wstyd scielily droge porzadkowi moralnemu. Prawda, niedoskonalemu,
ale jednak porzadkowi...
Sytuacja ulegla zasadniczej zmianie w II polowie XVIII wieku.
To wtedy wlasnie w sposob zdecydowany zakwestionowano istnienie Boga.
Stworce zastapil czlowiek- istota rzekomo mocarna, odpowiedzialna tylko
przed soba, wolna od wszystkich dotychczasowych ograniczen; wolna od
tradycyjnie pojetej moralnosci.
Ten poglad upowszechniany przez " wybrancow"- to jest rodzaca sie kaste
intelektualistow- wydal zatrute owoce w postaci rewolucji francuskiej
(dokladniej: rewolucji we Francji), rewolucji bolszewickiej, meksykanskiej
itd.
Nawet "rewolucja hitlerowska", ograniczona nacyjnie, byla jego zmutowanym
dziecieciem.
Po II Wojnie swiatowej, po fiasku eksperymentu bolszewicko-hitlerowskiego
(dla "intelektualnych inkwizytorow" byl on do pewnego momentu rodzajem
"uzytecznego durnia") powrocono do xrodla, czyli hasel gloszonych przez
intelektualnych sprawcow rewolucji we Francji.
Wykorzystano przy tym na niespotykana dotad skale "zdobycze wspolczesnej
cywilizacji"- mysle oczywiscie o mediach.
Upowszechniane za ich pomoca hasla sprowadzaly sie w istocie do jednego:
tradycyjna moralnosc nie istnieje, wszystko jest wzgledne, zalezy od punktu
widzenia ; wszystko jest na sprzedaz- rowniez " smieszne, zalatujace
naftalina" ludzkie sumienie. Publika, po 200 latach "wstepnej obrobki",
ulegla tej propagandzie.
Nie miala szans w starciu z potega dysponujaca wyrafinowanymi srodkami
oddzialywania na czlowieka.
Co wiecej, przyjela ja za swoja, gdyz zycie bez sumienia albo z "sumieniem
obrotowym" jest bardzo wygodne: zwalnia od odpowiedzialnosci.
Tak wiec mozni tego swiata- prawdziwi nastepcy XVIII wiecznych osobistych
nieprzyjaciol Pana Boga- posilkujac sie haslem pozornej, wybiorczej wolnosci
("nie ma wolnosci dla wrogow wolnosci"- to o nas, panie Zbigniewie), plotac
dlugi zloty lancuch (sprowadzilbym go do dwoch kwestii: "intelektualni
opresorzy"
zapewniaja maluczkim wygody zycia codziennego, a w zamian zadaja scislego
respektowania stworzonego przez nich porzadku), reinterpretujac historie
itd., itp., uczynili z ludzi bezwolne stado reagujace na podobienstwo "psow
Pawlowa".
To jest System, w ktorym wolnosc polega na jej braku, tolerancja jest jej
zaprzeczeniem, a bezmyslnosc zastepuje zdrowy rozsadek.
To jest m.in. oslawiona polityczna poprawnosc- straznik interesow klas
rzadzacych od Waszyngtonu przez Warszawe do Canberry.
Tragedia polega na tym, ze wiekszosc ludzi chce zyc w tej zlotej klatce.
Widac luksusowe wegetowanie ma swoje uroki.
Jestem mimo wszystko optymista.
To sie predzej czy poxniej rozpadnie jak domek z kart.
Nie mozna bez konca zyc w sztucznym, wymyslonym swiecie.
Ludzie przejrza na oczy. Przemawia przeze mnie w tym miejscu nie tylko
historyk, ale i osoba przekonana o sile Boskiego porzadku rzeczy.
Coz, ja juz tego pewnie nie dozyje, polegne w walce z Systemem.
Nie ma jednak wojny bez ofiar; ofiary sa nawet konieczne.
Szczegolnie w slusznej sprawie.
ZK: Uzyl Pan sformulowania "Rewolucji Francuskiej a wlasciwie Rewolucji we
Francji".
Czy zechcialby Pan wyjasnic czytelnikom Tygodnika jaka jest roznica pomiedzy
tymi dwoma okresleniami?
DR: Rewolucja Francuska...
Jakaz to obraza dla Francji.
Przeciez jej inspiratorami byly miedzynarodowe kregi masonerii, ktore
wybraly na pierwsza ofiare wlasnie Francje- kluczowy i najbogatszy kraj
europejski.
Dokladniej- gleboko wtajemniczone kregi masonskie- "iluminaci".
Stad rewolucja we Francji, gdyz z duchem Francji, z idea "Wiecznej Francji"
oraz Najstarsza Cora Kosciola nie miala ona wiele wspolnego.
Prawdziwa Francja to Kapetyngowie i krwawiaca Wandea podczas bandyckiej
rewolucji- nie zas dobrane towarzystwo masonow i okolo-masonow mordujacych
ludzi w imie "postepu", walki z religia itd..
Ale, tego nie zapominajmy, prawdziwa Francja to takze Napoleon Bonaparte,
ktory ukrocil to barbarzynstwo poslugujace sie haslem: "dobro ludzkosci" i
poszedl w kierunku respektowania francuskiego interesu panstwowo-narodowego.
Podobnie nie bylo rewolucji rosyjskiej.
Byl natomiast sponsorowany przez swiatowych globalistow i Niemcow
bolszewicki przewrot w Rosji.
Jezeli juz- mowmy o rewolucji zydowskiej w Rosji, gdyz to Zydzi wlasnie
wypelnili szczeble decyzyjne bolszewickiej machiny rewolucyjnej.
Bez determinacji malomiasteczkowego zydowskiego motlochu w Rosji,
bolszewicy zostaliby wyrzuceni na smietnik historii juz w roku 1919.
Tak nawiasem mowiac, dzisiaj "holocaust-industry" podkresla zydowskie
cierpienia podczas II wojny swiatowej.
Mam nieodparte wrazenie, ze praktyka ta to parawan majacy zaslaniac
zydowski, calkiem spory, udzial w zbrodniach komunizmu.
ZK: W swietle tego co Pan wlasnie powiedzial, czy nie boi sie Pan posadzenia
o antysemityzm?
Wszak w czasie bolszewickiej rewolucji zapewne zginela tez jakas ilosc
Zydow?
DR: W zawierusze rewolucyjnej gineli i Zydzi, ale bynajmniej nie pozostaje
to w sprzecznosci z faktem, ze w rozdmuchaniu tego piekla na ziemi i
poxniejszych dzialaniach represyjnych wobec Rosjan oraz innych nacji wielu z
nich odgrywalo istotna role.
Jest charakterystyczne, ze np. owczesne raporty dyplomatow panstw
zachodnioeuropejskich z Rosji stwierdzaja, delikatnie mowiac,
nadreprezentatywnosc przedstawicieli tej nacji w dobranym, to jest bandyckim
towarzystwie bolszewikow.
Wystarczy poczytac "Biala Ksiege" brytyjskiego Home Office z tamtego okresu,
a dokladniej jej pierwsze wydanie, gdyz w nastepnym odpowiednie passusy
poswiecone zydowskiemu zaangazowaniu w rewolucje wyparowaly.
Oczywiscie trudno tu mowic o winie wszystkich rosyjskich, ukrainskich itd.
Zydow.
Byloby w koncu absurdem twierdzenie, ze np. ludzie majetni albo liczni
Zydzi- tradycjonalisci palali miloscia do bolszewikow.
Wielu z nich zreszta ucieklo przed rewolucja do.... rzekomo antysemickiej
Polski, gdzie potraktowano ich nad wyraz uprzejmie.
Wkrotce otrzymali obywatelstwo Rzeczypospolitej, a ich zrewoltowane
latorosle uzupelnily szeregi... Komunistycznej Partii Polski.
Wdziecznosc nie jest chyba nadmiernie rozbudowana zydowska cecha narodowa.
Ale to tak na marginesie.
Raz jeszcze podkreslam: bez udzialu po stronie bandyckiej rewolucji
zbolszewizowanej zydowskiej biedoty oraz zydowskich mlodziencow paradujacych
z naganem zatknietym za pasek w ramach oslawionej "Czerezwyczajki"-
bolszewicy mieliby nieliche klopoty z utrzymaniem sie u wladzy.
Pyta Pan o oslawiony antysemityzm...
Coz, zapewne nadal istnieja osobnicy, ktorzy uwazaja, ze Zydzi odpowiadaja
za cale zlo na tym padole lez.
To juz nawet nie sa antysemici; to sa wariaci.
Podobnie istnieje calkiem sporo Zydow, ktorzy uwazaja tzw. gojow za
podludzi, zwierzeta, "pegarim", czy co tam jeszcze.
Na wariatow nie ma rady- i tyle.
Wspolczesnie natomiast "antysemityzm" stal sie rodzajem bezwzglednej ,
wyjatkowo brutalnej walki "establishmentu" z niezaleznie myslacymi ludxmi
( zeby bylo smieszniej- rowniez z Zydami w rodzaju dr Israela Shahaka).
Napiszesz, w zgodzie z prawda, ksiazke czy artykul o niemal rasistowskim
charakterze Panstwa Izrael- jestes antysemita; wytkniesz "bledy przeszlosci"
Simonowi Wiesenthalowi albo poskrobiesz p. Adama Michnika tudziez "Gazete
Wyborcza"- jestes antysemita; napiszesz kilka slow prawdy o tych wszystkich
Wiesel`ach, Jerzych Kosinskich albo... kilku australijskich klamczuchach-
polakozercach zydowskiego pochodzenia- oczywiscie jestes antysemita;
powiesz, znowu zgodnie z prawda, ze Adam Mickiewicz nie mial zydowskich
korzeni- czynisz tak bos antysemita.
I tak dalej, dalej, dalej.
Istna paranoja, czyli- powracamy niejako do xrodla- wazny czynnik
politycznej poprawnosci.
Tak, walka z rzekomym, zrodzonym w nienawistnych glowach antysemityzmem jest
jednym z filarow "political correctness."
Przy tym owi "zawodowi filosemici" w kolko gadaja o tolerancji, a tak
naprawde to prawdziwi antyintelektualni opresorzy albo nierzadko zydowscy
szowinisci. To ludzie "zionacy milosierdziem".
Nie bede szczegolnym odkrywca, jesli powtorze za klasykami maksym, ze
wspolczesnie antysemita nie jest ten, kto nie lubi Zydow, lecz ten, kogo
Zydzi (oczywiscie niektorzy, czyli wplywowi) nie lubia.
Signum temporis.
ZK: Panie Dariuszu.
Wlasnie odbyla sie kolejna rozprawa sadowa w Opolu, gdzie oskarzano Pana z
paragrafu o tzw. "klamstwo Oswiecimskie".
Jaki byl jej epilog ?
DR: Po trzech latach Sad Okregowy w Opolu warunkowo umorzyl postepowanie w
mojej sprawie.
Ja wprawdzie wnosilem o pelne uniewinnienie, ale w dzisiejszych czasach, jak
sie Pan domysla, jest to praktycznie niemozliwe.
Mysle, ze w zaistnialych warunkach osiagnalem to, co bylo do osiagniecia,
tym bardziej, ze prokurator twardo obstawal przy karze opiewajacej na 10
miesiecy pobytu w wiezieniu.
Wyrok wyjatkowo xle przyjela "Gazeta Wyborcza", ktora piorem Andrzeja Oseki
("GW", 8 czerwca 2002) smutna konstatowala, ze w "takich sprawach" zapadaja
"tylko takie wyroki".
Rozumiem ich smutek; w koncu to wlasnie organ p. Michnika przypadek moj
rozdmuchal do niebotycznych rozmiarow. Zgromadzona 7 czerwca br. na sali
sadowej publicznosc po ogloszeniu wyroku, a wczesniej po wysluchaniu mojej
mowy obronczej, dawala mi w prywatnych rozmowach jasno do zrozumienia, ze
jedynym wyrokiem winno byc uniewinnienie.
To prawda, ale raz jeszcze podkreslam: sprawa od samego poczatku byla
"krecona z gory" (w 1999r. przez minister sprawiedliwosci- p. Hanne
Suchocka), atakowaly mnie bezpardonowo "moralne autorytety", glos zabierala
Ambasada Izraela, Centrum Wiesenthala et cetera- a zatem opolski sad i tak
zachowal sie wzglednie odwaznie.
Zreszta dla atakujacych wyrok sadowy byl sprawa wtorna .
Dla nich najwazniejsze jest to, ze tacy ludzie jak Dariusz Ratajczak nie
maja prawa nauczac polskiej mlodziezy.
Tu sa niezwykle konsekwentni.
W koncu nadal jestem portierem z niemal zerowymi szansami powrotu do
wyuczonego i ukochanego zawodu.
ZK: Niech mi bedzie wolno zrekapitulowac Pana aktualna sytuacje.
Doktor historii, wybitny znawca Kresow z czasow wojny, kronikarz Armii
Krajowej, uwielbiany przez studentow wykladowca Uniwersytetu Opolskiego,
pracuje dzis jako nocny portier?
I jakiez to obowiazki ma Pan tam do wypelniania?
DR: Wie Pan, w kwietniu 1999 r., gdy rozpetano "afere dr Ratajczaka",
podszedl do mnie znajomy i powiedzial mniej wiecej tak: " to , ze wyrzuca
Ciebie z pracy na uniwersytecie jest niczym.
Wykoncza Cie bracie finansowo.
Nie dostaniesz nigdzie pracy, pojdziesz na zebry, bedziesz zadzumiony,
bedziesz nikim; koledzy nie poznaja Cie na ulicy; koledzy z ktorymi wczoraj
piles piwo". Mial racje.
Z dnia na dzien zostalem na bruku, bez pieniedzy i bez przyjaciol.
Wszedzie strach, oportunizm...
Nie mogac pracowac w wyuczonym zawodzie, zaczalem sie rozgladac za innymi
zajeciami.
Odbylem wiele rozmow kontrolnych w firmach wydawniczych, oswiatowych i
turystycznych.
Okazalo sie jednak, ze moje wyksztalcenie, umiejetnosci, tytul naukowy i
znajomosc j. angielskiego nie sa wazne.
Wazne jest to, ze nazywam sie Dariusz Ratajczak. "Ten Dariusz Ratajczak,
ktory podpadl Zydom".
To wystarczalo- wszedzie odmowa.
W koncu udalo mi sie "zlapac" prace portiera w hurtowniach alkoholu, plyt
paxdzierzowych etc.
Coz tam robie?
Ano, dozoruje w nocy (miedzy 18 a 6 rano) piechota 8 hektarowy teren na
skraju Opola ("tam gdzie diabel mowi: Guten Nacht"), odganiam pijaczkow
zlaknionych alkoholu (posluguje sie sekatym kijem; niestety nie mam nawet na
wyposazeniu damskiego "aerozolu z pieprzem") , przeganiam lisy, kuny i
szczury...
ZK: Bardzo prosze, niech Pan podzieli sie z czytelnikami Tygodnika Polskiego
informacja, jak udaje sie Panu utrzymac rodzine?
Czy zarobki nocnego portiera wystarczaja na wiazanie konca z koncem?
Innymi slowy, czy pod koniec miesiaca Pana zona ma co wlozyc dzieciom do
garnka?
DR: Zarabiam miesiecznie na reke 530 zl (ok. 140 dolarow amerykanskich),
moja zona ok. 200 dolarow.
W sumie wiec jestesmy finansowymi pariasami (lacznie nasze pensje ledwie
dobijaja do jednej sredniej krajowej).
Najbardziej przykre jest dla mnie to, ze juz chyba nigdy nie bedzie mnie
stac na nalezyta edukacje moich dzieci.
Moj syn nie pojdzie w naukowe slady ojca.
Raczej w te ostatnie - portierskie.
Coz, pieniadze szczescia nie daja, ale jednak sa potrzebne.
Pozwoli Pan, ze w tym miejscu podziekuje kilku Polonusom z USA, ktorzy
latem 1999r. przekazali mi 500 dolarow amerykanskich "na zycie" oraz p.
Ryszardowi z Australii, ktory przekazal na moje rece czek w wysokosci 30
dolarow australijskich.
Serdeczne Bog Zaplac.
Spisal: Zbyszek Koreywo
http://www.krajski.com/wywiad.htm
--
Archiwum postow odrzuconych: http://www.niusy.net/